piątek, 8 grudnia 2017

[001] Wszystkiego najlepszego, Damon.

Cześć!
Bardzo miło mi powitać Was na okołoopowiadaniowo - blogu, który skupiał będzie najgłębsze emocje dwóch autorek, zawarte w fanfiction i opowiadaniach twórczych. Ja mam na imię Natalia, jestem starsza niż leżąca miesiąc pizza, a od kilku lat zajmuję się pisaniem w większym lub mniejszym natężeniu. Chciałabym pokazać Wam, jak dużo pracy kosztowało mnie (i kosztuje nadal) pisanie. Dlatego zaczniemy od baardzo, ale to bardzo starego opowiadania.
Wszystkiego najlepszego, Damon powstało w czerwcu 2015 roku, będąc urodzinowym prezentem dla mojej przyjaciółki. To był początek mojej wielkiej przygody. 
Zapraszam do czytania i czekam na Wasze opinie,
N.

___________________

Autor: Naomi Stark
Tytuł: Wszystkiego najlepszego, Damon
Fandom: Pamiętniki Wampirów
Para: nie dotyczy (rodzina)
Rozdziały: 1/1 - miniaturka
Opis: -
Od autora: Zamierzałam dodać tu pewną scenę, ale nie zrobię tego. Ze względu na szacunek do tej wersji mnie, która uznała to za idealne.
Wattpad: https://www.wattpad.com/504922659-wszystkiego-najlepszego-damon-m-wszystkiego
___________________


Było cicho. Bardzo cicho i bardzo ciemno, jak to zwykle nocą bywa.
Jedynym źródłem światła zdawały się być niezwykle jasno świecące gwiazdy, a delikatny wietrzyk lekko rozwiewał włosy siedzącego na ławce mężczyzny.
Czyżby to właśnie ten wietrzyk zaglądał mu przez ramię, starając się dowiedzieć, jaką tajemnicę skrywa w sobie ta emanująca bólem postać?
Ludzie często odwiedzali cmentarze, często odwiedzali swoich zmarłych bliskich.
Odchodzili jednak równie szybko, jak się pojawiali, nie poświęcając zbyt wiele czasu na modlitwę.
Chwilami zdawać by się mogło, że robili to z obowiązku — z obowiązku pojawiali się w miejscu ostatniego spoczynku osoby, w taki czy inny sposób obecnej wcześniej w jego życiu.
Osobnik siedzący na ławce przy kamiennym, solidnie wykonanym nagrobku, był inny.
Całe godziny poświęcał na modlitwę, o ile tak to można nazwać.
Zdawał się być pogrążony w głębokiej żałobie. Żałobie po osobie, która była dla niego kimś ważnym.
Bo gdyby nie była dla niego ważna, nie siedziałby w miejscu jej pochówku w środku nocy.
Mężczyzna nie przejmował się właściwie niczym. Wiedział, że tylko w tym miejscu, tak blisko kogoś, kto był dla niego tak istotny, będzie w stanie dokończyć swój list.
List, który pisał od kilku dni i który skończyć musiał tej nocy.
Chwilami przerywał pisanie, unosząc ku gwiazdom zamglone spojrzenie.
Wydawał się cofać o kilka lat wstecz, wspominać coś, po czym ponownie podejmował zawieszoną czynność, lekko się przy tym uśmiechając.
Bywały momenty, kiedy bezgłośnie poruszał ustami, jakby zwracając się do osoby pochowanej pod kamienną płytą.
Nigdy nie otrzymał odpowiedzi.
Miał jednak cel i zamierzał go zrealizować, choćby ten list miał być ostatnim, co zrobi w życiu.

***

Wspominał.
Tak wiele rzeczy musiał sobie przypomnieć. Przypomnieć sobie początki swojego ludzkiego życia, chwile, które spędzał z ojcem i bratem.
Ten list miał mu pomóc. Pomóc w odzyskaniu dawnej cząstki siebie, w ugaszeniu boleśnie palących jego serce wyrzutów sumienia.
Nigdy nie był dobrym bratem, choć bardzo się starał. Wina za to, że nigdy się nie zaprzyjaźnili, częściowo spadała więc na jego barki.
Było już za późno, by cokolwiek naprawić.
Jego brat odszedł.
Odszedł, bo był odważniejszy, niż on kiedykolwiek będzie. Nie bał się śmierci. Świadomie wyszedł jej na spotkanie.
Również dla niego powstanie ten list. Zakopie go razem z cząstką siebie w miejscu jego spoczynku.
Tylko w ten sposób, nawet po jego odejściu, przekaże mu, że go kochał, że nadal kocha.
Może kiedyś mu wybaczy. Musi mu wybaczyć, tak jak on dawno temu wybaczył jemu.

***

Stawiając ostatnią kropkę kończącą list, uśmiechnął się lekko, po czym ponownie przeczytał efekt swojej pracy, sprawdzając, czy aby na pewno zawarł w nim wszystko, co zamierzał powiedzieć.

***

Drogi Nieznajomy!
Czasem wydaje mi się, że wciąż jesteś z nami, że nawet śmierć nie jest w stanie nas rozdzielić.
Chwilami załamuję ręce i ronię łzę, jedną, wstydliwą łzę na myśl o tym, że los, choć pozostaje wielką niewiadomą, jest tak przewidywalny, tak prosty i niesplątany.
Niejednokrotnie pokazał nam przecież, że jest dobrym graczem.
Nauczył nas się cieszyć, pomału prowadząc nas do wewnętrznej autodestrukcji, do załamania rąk i ronienia zbłąkanych łez.
Udowodnił nam, że nie znamy dnia ani godziny, w której znudzi mu się rozgrywana z nami partia szachów.
Pokazał, że jeśli okażemy słabość, będzie czerpał z niej pełnymi garściami powodując, że rana w sercu z maleńkiego zadrapania ewoluuje w ogromną, pulsującą palącym bólem dziurę, która z dnia na dzień będzie płonąć jeszcze bardziej.
Nazwałem Cię Nieznajomym nie dlatego, żeby Ci dokuczyć.
Od dawna nie jestem w nastroju do żartów.
Zrobiłem to z nieco innych pobudek.
Otóż, pisząc ten list, uświadomiłem sobie, że tym dla mnie byłeś — aż do nieszczęsnego wydarzenia sprzed roku.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę Cię nie znałem. Nikt nie znał.
Chciałbym, żebyś kiedyś odpowiedział na nasuwające mi się na myśl pytanie: dlaczego tak długo ukrywałeś się za swoją skorupą?
Nie ma dobra i zła. Nie ma czystej bieli i brudnej czerni.
W głębi serca każdy z nas zdawał sobie sprawę, że ta zasada dotyczy również Ciebie, choć wielokrotnie kazałeś nam w to zwątpić. Bez bicia przyznaję, że i ja w Ciebie wątpiłem.
Przez tyle lat mój obraz Twojej osoby przyćmiewała niewidzialna mgła, którą śmiało mógłbym nazwać nienawiścią, tak po prostu. Owszem, ja też poznałem jej smak. Do dziś przeklinam myśl, że to Ty mnie do tego zmusiłeś.
Bo przecież droga, którą obaj podążaliśmy, sama nas do niej zaprowadziła.
Wiem, że od dziecka za mną nie przepadałeś, że w głębi duszy winiłeś mnie za chorobę i śmierć mamy — osoby, której nie mogę pamiętać, bo byłem zbyt mały, by w ogóle dostrzec jej istnienie.
Przepraszam więc po raz pierwszy.
Potem pojawiła się rywalizacja o względy damy, która nie była warta pojawienia się w naszym życiu.
Pamiętasz, do czego doprowadziła?
Przepraszam i za to — za to, że ją pokochałem. Za to, że pozwoliłem, by zniszczyła i tak zszarpane już relacje między nami. Przepraszam za to, że doprowadziłem do naszej śmierci. To znaczy, tej pierwszej. Tej, od której wszystko się zaczęło. Przepraszam też za to, że odebrałem Ci duszę, że skazałem Cię na życie w mroku.
Przez wiele lat unikaliśmy siebie nawzajem, robiąc to z zadziwiającą precyzją.
Aż wreszcie pojawiła się ona. Elena.
Historia lubi się powtarzać, prawda?
I tym razem walczyliśmy o względy jednej damy, wyglądającej niemal identycznie jak poprzednia.
Różniły się jednak charakterem — tam, gdzie Katherine była maleńkim kotkiem, tam Elena jest potężną lwicą, upartą w osiąganiu postawionych sobie zamierzeń.
Mimo wszystko obie były wyjątkowe. I obie zwróciły naszą uwagę.
Dziś wiem, że Elena jest, była i będzie tego warta. Każdego dnia, tuląc ją do piersi cieszę się, że i ona darzy mnie uczuciem.
Czasem jednak widzę w jej oczach tak dobrze maskowaną pustkę, mierzę się z wymuszonym uśmiechem.
Wtedy zdaję sobie sprawę z faktu, że i ona za Tobą tęskni, że i w jej sercu pulsuje płonąca rana.
Co więcej, nie przeszkadza mi to, że co noc zakrywa twarz poduszką i płacze, wspominając Wasze wspólne chwile. Szanuję jej pamięć o Tobie. Chcę, by ją pielęgnowała.
Bo jesteś tego warty.
Jesteś warty naszej pamięci, naszych wspomnień. Dzięki nim już zawsze będziesz z nami.
I jeśli dla nas, tak mrocznych i piekielnych istot, istnieje szansa na zbawienie i osiągnięcie Raju, uważam, że jesteś pierwszą osobą, która powinna się tam znaleźć. Mimo wszystko.
Do dziś nie wiem, dlaczego to dla mnie zrobiłeś.
Wiedz tylko, że z nabożną czcią będę pielęgnował pamięć o Tobie, dbając o to, by przeżyć długie i piękne życie.
By móc wygrać partię szachów z losem.

***

Szybkim ruchem podpalił swój list, wyciągniętą uprzednio z kieszeni zapalniczką.
Z prochu powstać, by w proch się obrócić — pomyślał. — Każdego z nas to czeka.
Po chwili kartka zniknęła, a w jej miejscu pojawił się popiół.
Wtedy po jego policzku spłynęła łza, po czym kończąc swą wędrówkę, spadła w proch, lekko go namaczając.
Przez chwilę spoglądał w swoją dłoń, jakby nie dowierzając temu, co się stało.
Potem jednak pokręcił głową i ruszył w stronę kamiennej płyty.
Wykopał pod nią niewielki dół, umieszczając w nim popiół. Przysypał go ziemią niczym najcenniejszy skarb.
Wtedy w jego mózgu otworzyła się szufladka, uwalniając pojedyncze wspomnienie.
Obrazy zalały jego głowę, na moment odrywając go od rzeczywistości.

***

Trzyletni chłopiec siedział na ziemi, przyciskając kolana do piersi tak, by zająć jak najmniej miejsca, by jak najdokładniej się ukryć.
Inne dzieci go nie lubiły. Śmiały się, że jest inny. Nazywały go sztywnym, jakkolwiek niedorzecznie by to brzmiało. Nie chciały się z nim bawić, przy byle okazji wytykały go palcami, by sprawić mu przykrość.
Wtedy tam wracał. Do swojego azylu, do swojej skrytki, do miejsca, które niosło mu pocieszenie i koiło nerwy.
Tylko tam mógł płakać i okazywać, jak bardzo go to boli, nie obawiając się, że ktoś to usłyszy.
Te cztery ściany dawały mu wsparcie. Znały go bardziej, niż ktokolwiek.
Mógł być z nimi szczery, o ile można być szczerym w rozmowie ze ścianami.
Tym razem było gorzej niż zwykle.
Chłopiec płakał rzewnymi łzami nie tylko dlatego, że dzieci były wobec niego nieuprzejme. Płakał nad swoim zmarłym przyjacielem.
Spojrzał w swoje dłonie, w których spoczywało ciałko drobnej, pluszowej zabawki, którą chłopiec upodobał sobie mając zaledwie roczek. Od tego czasu nie rozstawał się ze swoim nowym kolegą.
A teraz?
Teraz misiowi przestało bić serduszko. Miś bardzo cierpiał. Miś już nie będzie mógł się bawić ani się przytulać. Miś tylko płacze. Płacze, bo starszy chłopiec oderwał mu rączkę i uszko. Nie mógł dłużej pełnić roli misia. A kiedy misiowi zatrzyma się już serduszko, miś nie będzie mógł nawet płakać.
Chłopiec kochał swojego małego kompana. Utrata misia była dla niego niczym cios prosto w serce.
Płakał, bo jego piąstki były zbyt małe, by zrobić krzywdę temu, który zranił jego misia. Raz spróbował go uderzyć, co skończyło się tylko śmiechem wszystkich dzieci.
Malec był tak bardzo pogrążony we własnej żałobie, że nie zauważył, że nie jest już sam.
— Nie płacz — szepnął mu ktoś do ucha. — Miś jest teraz w lepszym miejscu. Tak jak mama. Tata mówi, że mama jest aniołkiem.
— Ale miś nie jest mamą — jęknął chłopiec. — Miś nie może być aniołkiem.
— Wystarczy, że mama nim jest. Tata mówi, że mama zaopiekuje się nim tam, na górze — pomimo panującego półmroku, wyraźnie widać było, jak starszy braciszek chłopca wskazuje palcem niebo.
— Nie bądź niemądry. Nie ma Bozi dla misiów — chłopiec zaszlochał kolejny raz. — Miś już zawsze będzie cierpiał. Nie chcę, żeby tak było.
— Nie płacz — powtórzył tamten. — Mamusia jest aniołkiem. Zajmie się twoim misiem.


***

— Nawet nie wiesz, jak bardzo mi wtedy pomogłeś — szepnął w stronę nagrobka. — To właśnie to wspomnienie dawało mi nadzieję, że twoje barwy nie są całkowicie czarne. Przez te wszystkie lata.
I wtedy to się stało. Dobrowolnie przywołał do siebie wizję, która prześladowała go od roku. Poddał się jej mimo że wiedział, na jaki ból się skazuje.

***

Był słaby. Zbyt słaby, by się uwolnić, by walczyć, by bronić damy swego serca. Zbyt słaby, by zerwać więzy, by wyzbyć się lęku, by uwolnić brata. Zbyt słaby, by zabić, by zyskać wolność.
Po przeprowadzonej telepatycznie rozmowie z Eleną, pomału żegnał się z życiem. Żałował, tak strasznie żałował, że ją w to wciągnął. Że przez niego płomień jej życia skończy płonąć, że zgaśnie. Po raz drugi przedwcześnie.
— Zabiję was teraz — słowa te ściągnęły jego uwagę na osobę, którą kiedyś darzył bezgraniczną miłością. — Przejdę potem pod rzeką. Zabiję waszych przyjaciół. I zrobię to sama, odprawiając swoje psy.
— Wypuść Elenę — zażądał resztką sił. Katherine zdawała się jednak go nie słyszeć.
— Zastanawiam się, jak to zrobić — ciągnęła. — Mogę was upiec. Za chwilę będzie tu dość światła, wzejdzie słońce. A ja mam to. — Sięgnęła do fałdy sukni i wyciągnęła zaciśniętą dłoń. — Uno, due, tre! — pisnęła jak małe dziecko, upuszczając na ziemię dwa srebrne pierścienie i jeden złoty. — Bez nich stracicie jakąkolwiek szansę na ratunek — kopnęła pierścienie lekceważąco. — Ale nie wiem, czy zasłużyliście na tak szybką śmierć.
Podeszła do przeciwległej ściany krypty, zamaszystym ruchem odgarniając włosy z twarzy.
I wszystko stało się szybko.
Coś ją zaatakowało. Coś małego. Czarnego.
Pisnęła, kiedy wbiło pazury w jej twarz.
— Głupie ptaszysko — krzyknęła. — Jeszcze ci się odwdzięczę!
I wtedy kruk zerwał naszyjnik z jej piersi, przebierając postać czarnowłosego mężczyzny.
Skrępowany wampir przyglądał mu się w niemym szoku.
— Damon? — szepnął.
— A kto inny? — zapytał tamten z leniwym uśmieszkiem. — Kolejny raz ratuję ci ten mizerny tyłek, braciszku.
Stefano, choć niezwykle słaby, odwzajemnił uśmiech i skinął mu głową.
A Katherine wykorzystała nieuwagę Damona i rzuciła się na niego.
Nie zdążył jej powstrzymać, ale wykorzystał fakt, że jest słabsza, by przejąć kontrolę nad kierunkiem jej kroków. Podniósł wzrok, zmuszając ją, by zrobiła to samo. Wtedy przez jej twarz przebiegł cień zwątpienia.
— Nie zrobisz tego — szepnęła.
Śmiech mężczyzny echem rozniósł się po krypcie.
— Słabo mnie znasz — pchnął ją w słońce.
Katherine uśmiechnęła się, ciągnąc go za sobą.
— Wystarczająco dobrze, by stwierdzić, że jeszcze chwilę, a będziesz martwy. Zabiorę cię na tamtą stronę.
Udało jej się. Damon, próbując zepchnąć ją jeszcze bardziej w słoneczne promienie, sam się w nich znalazł.
Zaczął jaśnieć, jakby wstąpiło w niego światło. I błyszczał. Tysiącami malutkich diamentów. Płonął. Pomału.
Stefano czuł, że płacze. Z jego policzków ciekły łzy. Prawdziwe łzy.
Damon odwrócił się ku niemu, wyciągając dłoń.
— Zostało mi niewiele czasu, braciszku — oznajmił. — Zaopiekuj się moim Rudzikiem. Niech chociaż ona będzie bezpieczna. I dbaj o Elenę. Jest tego warta.
Skrępowany wampir skinął głową.
— Tak zrobię.
Zaledwie jedno mrugnięcie wystarczyło, by miejsce Damona zajął popiół.
Stefano poczuł, że coś stało się z jego sercem.
Pojawiła się w nim pulsująca bólem rana.


***

— Nie wierzę, że to już rok — mruknął. — Wciąż czuję się tak, jakby to stało się wczoraj.
Pochylił się, uklepując ziemię przy nagrobku.
— Mam nadzieję, że spodobał ci się list. Ktoś kiedyś powiedział, że tylko szczerość zszyje zranione serce, że tylko szczerość pozwoli mu funkcjonować. Czuję, że miał rację. Moje serce zdrowieje. Zdrowiało z każdym moim słowem.
Podnosząc się z klęczek, spojrzał w niebo. Gwiazdy błyszczały jasnym światłem.
Uśmiechały się do niego. Dały mu nadzieję, że brat go słyszy, że otrzymał wiadomość.
A może nawet mu wybaczył?
Odchodząc, mężczyzna odwrócił się w stronę nagrobka tylko po to by szepnąć:
— Wszystkiego najlepszego, Damon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz